>> Wszystko ma swój koniec <<
Ten blog zginął śmiercia naturalną.
Oficjalnie ogłaszam jego:
K O N I E C
P.S.- Pozdrawim czytelników i przepraszam jeśli was rozczarowałam takim zakończeniem.
AUTORKA
Anna Lee2006-03-25 19:44:13
skomentuj (5)
>> Wyjaśnienie <<
Dobra. Póki mam ferie, napsiałam wam jeszcze jedna notke co byście nie płakali ;P Krótka ,ale to jest notka sytuacyjna nie opisowa :]
3.01.1977r (Poniedziałek)
Właśnie szłam na śniadanie gdy usłyszałam rozmowę z pobliskiego korytarza.
-A gdybyś użył tego, gdy nauczyciela nie byłoby w pobliżu? Mogła się wykrwawić!- Usłyszałam znajomy głos. Wyjrzałam zza rogu. Przy parapecie stal Syriusz i odwrócony plecami do mnie Potter.
-wiem. Ja.. Sam nie wiem to było pierwsze co przyszło mi do głowy. Byłem na nią tak wściekły za to co ci zrobiła…- Nie wierze własnym uszom. Ten który mnie w to wrobił zwala wszystko na mnie. Czas by Black dowiedział się prawdy. Nim zdążyłam pomyśleć szłam już w ich stronę.
-Ann?- Zdziwił się Syriusz. Lecz ja nie zwracają na niego uwagi, złapałam Pottera za ramie obróciłam i trzasnęłam ręką w której akurat trzymałam opasłe tomisko do OPCM. Rogaty uderzył głowa o ścianę.
-Au ! Odbiło ci wariatko?!- Pchnął mnie do tyłu.
-Ej spokojnie- Syriusz stanął pomiędzy nami gdy już zamierzałam obić mu jego śliczną buziulkę z drugiej strony.
-Ja mu zrobiłam? Kłamco! Jak możesz oszukiwać swojego najlepszego przyjaciela?! To był twój pomysł! To ty nie pytając się jego kazałeś mi być jego dziewczyną draniu!!!! – Syriusz patrzył się raz na mnie raz na niego.
-To prawda James?- widać było zmieszanie na twarzy Pottera. Usilnie próbował wbić wzrok w podłogę.
-Tak.- Mruknął.- chciałem żebyś był szczęśliwy bracie! Nie wiedziałem, że to się tak skończy.- Zaczął się tłumaczyć.
-Dobrze wiedziałeś, ze nie zostawię Shina ,powiedziałam ci to! – Weszłam mu w zdanie.- Przez ciebie Black nie chce ze mną rozmawiać! To wszystko twoja wina! Wszystko zepsułeś!- Głos zaczął mi się łamać. Nagle zobaczyłam wzrok Syriusza. Patrzył na mnie jakbym była kimś zupełnie mu obcym. Powiedziałam zbyt wiele. Zrobiłam jeden krok w tył. Potem drugi. Obrót. I kolejny już w biegu.
-Anna czekaj!- Usłyszałam głos Blacka. Jego kroki były coraz bliżej. Wbiegłam na schody. Skakałam co dwa stopnie. W końcu noga utknęła mi w stopniu pułapce. O nie. – Ann..- Obróciłam się momentalnie. Musiałam wyglądać komicznie, przykucając na schodach z noga która wpadła mi po kolano w stopień. Ale w tym momencie nie miałam ochoty się śmiać. Czułam jak łzy napływają mi do oczu.
-Jestem podła. A takich jak ja zawsze spotyka kara.- Powiedziałam jakbym właśnie dostała nędzny z zaklęć. – Nie chciałam żeby tak wyszło.- Czułam jak jedna łza ginie w moich rozpuszczonych włosach.- Ja… Zrozumiałam, że naprawdę nie jesteś taki zły… Nawet zaczęłam cię lubić…- Syriusz zamarł dziesięć stopni poniżej mnie.- I kiedy to minęło. Zaczęło mi ciebie brakować…- Kolejna łza tym razem wylądowała na posadzce schodów. – Przepraszam, że jestem taką okropną wiedźmą. Podszedł do mnie i pomógł wyciągnąć mi nogę ze stopnia. Otarłam twarz wierzchem dłoni.
-To ja przepraszam za Jamesa. Czasem miewa głupie pomysły.- Pocałował mnie w dłoń i pomógł wstać.
-Czy możemy być przyjaciółmi?- Spytałam gdy schodziliśmy po schodach. Popatrzył się na mnie przez chwile po czym uśmiechnął się w specyficzny dla siebie sposób.
-Jakos będę to musiał przeboleć- Puścił mi oko, po czym razem poszliśmy na śniadanie.
Anna Lee2006-01-28 23:03:58
skomentuj (3)
>> Dziwne zaklęcie Jelenia <<
Kolejna notka. Może zrobie z tego charlekin? (nie wiem jak to sie pisze :P) W tej pożyczyłam jedną rzecz z nowej książki może jak ktoś szybko przeczyta to bedzie wiedział o co biega :] Nie wiem kiedy znowu napisze, bo ferie mi sie kończą :P Pozdrawiam i miłej lekturki ( nie jest długa :P):]
29.12.1976r. ( Środa)
Minęły dwa dni od tego incydentu. A ja czuje jakby to były lata. Shin wyjechał w poniedziałek z rana. Syriusz się do mnie nie odzywał. Jeszcze parę miesięcy temu taka sytuacja by mi odpowiadała ( co ja mówię, skakałabym z radości). A teraz gdy zobaczyłam jaki jest naprawdę. Brakuje mi rozmów z nim. Chciałabym, żebyśmy znów normalnie rozmawiali. Wiem też, że to nie możliwe. I pomyśleć, że wszystko przez głupi mecz. Właśnie! Potter! Zamierzałam dorwać chama i ukatrupić nim zacznie mi znowu mydlić oczy.
Właśnie zadzwonił dzwonek. Zebrałam swój kociołek i książkę do eliksirów. Oddałam zielone coś zamknięte w probówce profesorowi i wybyłam na przerwę. Okazało się, że rogaty ma lekcje na czwartym piętrze, tak się składa, że razem ze mną. Tak wyszło ,że jest to obrona przed czarna magią. A dziś będziemy ćwiczyć zaklęcia nie werbalne. Ten rodzaj zaklęć z każdym dniem wychodził mi coraz lepiej. Potter ma pecha. Z mściwą satysfakcją zgłosiłam się na ochotnika jak tylko Potter podniósł kopyto.
-Dobrze więc Panno Blid, Panie Potter- Profesor wskazał na nas różdżką. Wstaliśmy z miejsc i stanęliśmy naprzeciw siebie na odległość dwóch metrów.
-Przygotujcie różdżki.- Nasze różdżki uniosły się w tym samym czasie na wysokość twarzy. -Na razie ćwiczymy tylko zaklęcie rozbrajające.- Uprzedził psor, patrząc się na nas podejrzliwie- Raz… Dwa.. TRZY! – Zielony strumień poleciał w stronę jeleniowatego. Wylądował na pobliskiej szafce z podręcznikami. Usłyszałam stłumione śmiechy gdy Potter dostał opasłym tomiskiem w rozczochrany łeb. Widziałam, że był wkurzony. Wygrzebał się z pomiędzy książek ,wstał i..
-Sectumsempra!!! – Krzyknął po czym dziwny strumień światła poleciał w moją stronę. Uderzył we mnie z wielką siłą. Upadłam i świat się rozpłynął.
30.12.1976r (Czwartek)
Obudził mnie jasne świtało z okien. Chciałam wstać, ale przeszył mnie okropny ból w okolicach klatki piersiowej. Zakaszlałam z trudem łapiąc powietrze.
-Anna?- Usłyszałam męski głos. Spojrzałam w lewo. Na łóżku obok siedział Syriusz.- Jak dobrze, że żyjesz- Odetchnął z ulgą.
-Jak to?- Spytałam się lekko ochrypłym głosem.
-Nie pamiętasz?- spojrzał się na mnie, po czym wlaną się w czoło- No tak byłaś nieprzytomna- Jednak ma coś w półmózga.- James się trochę zapędził.-stwierdził drapiąc się po głowie.
-Trochę? Dlaczego ja tu leże? Co się stało? Co to było za zaklęcie?- Byłam wręcz oburzona. To ja miałam ośmieszyć Pottera a nie on mnie wysłać do skrzydła szpitalnego!.
-Tak naprawdę to on nie wiedział, co to za zaklęcie. Żaden z nas nie wiedział.
-I wypróbował go na mnie? Cóż za wspaniałomyślność- Rzuciłam z ironią jeszcze bardziej wkurzona. Nie dość, że bolą mnie żebra to jeszcze byłam królikiem doświadczalnym Jelenia!.
-Podpatrzyliśmy je gdy gwizdnęliśmy książkę jednemu ze śligzonów.- wytłumaczył.
-Ślizgoni na pewno mają świetne pomysły. Trzeba jeszcze barć z nich przykład!
-niektóre były całkiem niezłe- Mruknął myśląc, że go nie usłyszę.
-Czyli ja nie byłam jedyna ofiara waszych marnych eksperymentów?
-No.. nie. Ale tylko ty tu trafiłaś- Rzekł jakby to miało świadczyć o bezpieczeństwie innych podejrzanych zaklęć.
-Gdzie Potter?- Spytała nagle.
-Ma szlaban. Do końca roku.- Rzucił z mizerna miną.
-Zasłużył sobie.- Stwierdziłam. Chociaż nie został bezkarny.
-Musze już iść. Trzymaj się- Syriusz wstał.
-Na razie- cmoknął mnie w policzek i wyszedł. Gdy drzwi się zamknęłam dotknęłam swojej twarzy. Może jeszcze nie wszystko stracone?
Anna Lee2006-01-27 17:10:48
skomentuj (2)
>> I know... I know... <<
Ciąg dalszy. Tą notke ujeła bym tak : Krótko zwięźle i na temat. :]
Dedykacja: Sama nie wiem dedykuje to wszystkim którzy wpadli w sidła miłości ;) Miłej lekturki.
26.12.1976r (niedziela)
Nadszedł nieunikniony dzień Balu bożonarodzeniowego. Jak się spodziewałam Syriusz mnie zaprosił. Zgodziłam się lecz dopiero po tygodniu zbaczania z tematu, jak tylko wspomniał cokolwiek na ten temat. Shin napisał, że przyjedzie. I tak oto nadszedł dzień końca mojej marnej egzystencji w tym zamku i na tym świecie. Na swoje siedemnaste urodziny dostałam kolejna sukienkę na która złożyły się towarzyszki mojego snu. Tym razem postawiły na kolor biały. Bardzo ładna muślinowa sukienka z błękitną wstążką tuż pod biustem, krótsza z przodu dłuższa z tyłu. Nie powiem całkiem morowa. Tym razem pamiętały, że jedyne buty jakie posiadam do glany i szkole półbuty, więc dostałam również białe baletki z małą błękitną kokardką. Jednym słowem ubrały mnie za mnie. Kiedy Kate uczesała mi na głowie kok i zrobiła mi z białej wstążki opaskę byłam już gotowa. Przyjrzałam się sobie dokładnie.
-Wyglądasz uroczo!- Oniemiała z zachwytu Alice która tym razem miała krótką sukienkę z mnóstwem falbanek cała w czerwono zieloną szkocką kratę.
-Dzięki.- Mruknęłam przyglądając się swoim gładko zaczesanym ciemnym włosom. Spojrzałam na zegarek. Dochodziła ósma. – Musze iść.- Oznajmiłam.
-Spotkać się z Syriuszem?- Spytała Kate oglądając swoja czerwona sukienkę imitującą kimono.
-z nim też.- Rzuciłam
-Jak to? To znaczy że Shin tez…
-Tak, też jest.- Skończyłam zanim Miriam doszła do puenty. Patrzyły się na mnie przez chwile w ciszy. Westchnęłam i odwracając się wyszłam.
W Sali Wejściowej już czekał na mnie Black. Uśmiechnął się na mój widok. Podszedł do mnie i biorąc moją dłoń pocałował ją.
-Pięknie dziś wyglądasz.- Powiedział gdy wzięłam go pod łokieć. Serce waliło mi tak, że nie słyszałam własnych myśli. Gdy doszliśmy na szczyt schodów…
-Annie?- Usłyszałam z dołu. Odwróciłam się wolno, pragnąc nie słyszeć tego głosu.
-Witaj Shin.- Powiedziałam, czując jak łzy napływają mi do oczu. Syriusz patrzył to na mnie to na niego, nie rozumiejąc co się dzieje.
-Dlaczego? Jak to się stało? Właśnie mi powiedzieli.. dlaczego mi nic nie powiedziałaś?!- Czułam że zaraz zacznie krzyczeć. Szedł powoli w nasza stronę patrząc się na mnie z mieszaniną żalu i gniewu.
-Dlaczego mi nie powiedziałaś do cholery!- Krzyknął łapiąc mnie za ramiona. W tym momencie Syriusz odepchnął go ode mnie ręką odsuwając mnie za siebie.
-Co z ciebie za mężczyzna! Jeśli chcesz się bić to proszę tutaj jestem!- Czułam jak Syriusz drżał z gniewu.
-Ty zasrany Casanovo! Nie mogłeś jej zostawić w spokoju?! Musisz mieć każda w tym zamku?! – wrzeszczał Shin. Łzy spłynęły mi po policzkach.
-Syriusz skoczył stopień do przodu i uderzył Shina pięścią w twarz. Ten upadł na podłogę krwawiąc.
-Nie ! Przestań!- Podbiegłam do Blacka gdy zamachnął się po raz kolejny.- To moja wina. To wszystko moja wina. Nie powiedziałam mu. Nie chciałam go stracić.- Zaczęłam tłumaczyć Syriuszowi wisząc na jego ramieniu.- Nie kocham cię. Wybacz mi. – Podeszłam do Shina obdarłam kawałek swojej sukni i przyłożyłam do jego krwawiącego nosa.
-Nie rozumiem cię Ann. Nie rozumiem..- Black patrzył na ta scenę nie wierząc własnym oczom. Po chwili odszedł ze spuszczona głowa. Nie poszedł do wielkiej Sali. Ja tez nie miałam już ochoty na zabawę.
-Choć musimy iść do skrzydła szpitalnego.- Pomogłam podnieść się Shinowi z ziemi. Otarł krew która nadal ciekła z jego nosa i spojrzał się na mnie.
-Kocham cię Annie- Pocałował mnie lekko.
-Wiem Shin, wiem..- Westchnęłam. Kolejna łza potoczyła się po moim policzku.
Anna Lee2006-01-11 16:34:03
skomentuj (4)
>> Man ...always makes trouble double <<
Wesołych Świąt ludzie :D Napisałam, taki mały prezencik na święta :] Wreszcie mam pomysł, nawet kilka ,ale narazie zapraszam do lekturki tej noteczki :]
Dedykacja dla wszystkich czytelników :]
6.12.1976r (Poniedziałek)
Był śnieżny poniedziałek szóstego grudnia. Właśnie skończyłam dwie godziny eliksirów i miałam pół godziny do obiadu. Wróciłam do dormitorium. Wzięłam pierwszą lepszą książkę z regału stojącego nieopodal wejścia i siadając na fotelu zaczęłam czytać. Niestety mój spokój przerwała pewna pierwszoklasistka. Miała duże brązowe oczy którymi usilnie wpatrywała się we mnie, krótkie lekko kręcone ciemne włosy i chyba ze trzy duże toby w rękach. Torbą na jej ramieniu była bliska urwaniu się do nadmiaru książek wepchanych w nią.
-Mogłabym ci w czymś pomóc?- Spytałam nie wiedząc czy to dobry tekst na przerwanie tej niezręcznej ciszy kiedy wpatrywała się we mnie.
-Jestem Scarlett Law. Wiesz mój brat cię bardzo lubi. Zwierzył mi się wczoraj wieczorem.- Powiedziała szybko podkreślając słowo „bardzo”. Popatrzyłam się na nią z nieukrywanym zaskoczeniem.
-Wiesz Scarlett ja już z kimś jestem.- wyjaśniłam jak czterolatkowi, że ogień parzy.
-Mój brat powiedział, że to nie problem. Chłopaka można rzucić no nie?- spytała robiąc słodkie oczka. Trzeba powiedzieć, że ma tupet. Ale jakoś ciężko mi uwierzyć by była siostra Thomasa. Gdyby nie cechy zewnętrzne to bym jej oto nie podejrzewała. On nie jest taki arogancki. Chociaż, może ja za słabo go znam?
-Tak, jasne. Późno już musze iść na obiad. Na razie- zbyłam ja i zanim znowu zaczęła mówić zwiałam z dormitorium. Odetchnęłam spokojnie gdy usiadłam na swoim miejscu przy stole w Wielkiej Sali.
-Hej Lee, słyszałaś już, że ktoś napisał na ścianie łazienki na piątym piętrze „Black ty szujo Anna Lee Jest moja”- Rzuciła jak gdyby nigdy nic Alice zjadając fasolkę.
-Co? Jak to? Był jakiś podpis?- spytałam nalewając sobie soku dyniowego.
-Tak. Podpisane Law. Znasz jakiegoś?- Spytała, ja w tej chwili o mało nie puściłam dzbanka.
-A więc ta mała…- Powiedziałam bardziej do siebie niż do niej. Obejrzałam się za siebie. Z Sali wychodził Potter a za nim szedł Tom. Będzie rozróba. Dlaczego faceci zawsze musza stwarzać tyle problemów.
-Ty ja znam Law’a. Thomas Law chodzi jest na naszym roku. Ba jest z naszego domu!- Miriam się ocknęła. Spojrzała się na mnie- Ann czy chcesz nam coś powiedzieć?- Poczułam wzrok przyjaciółek na sobie.
-chyba żartujecie ja nie romansuje!- Powiedziałam z wyrzutem.
-Jasne, A Shina rzuciłaś?- Spytała Kate.
-Nie! Przecież wiesz… Mówiłam wam o sytuacji z Syriuszem- Ściszyłam głos rozglądając się czy czasem Syriusz nie podsłuchuje.
-Jeszcze rok temu był parszywa bezmózgą nibynóżką.- stwierdziła sceptycznie. – Co zrobisz jak Shin cię odwiedzi?
-Nad tym jeszcze nie myślałam..- Powiedziałam spuszczając wzrok. Tu mnie ma. Co wtedy będzie? Co ja zrobię jak ci dwaj się spotkają/ to będzie istny Sajgon. Po mnie.
-Czas zacząć, zbliżają się święta. Myślę ,że Shin nie przegapi okazji żeby się z tobą spotkać. Poza tym Bal Bożonarodzeniowy się zbliża.- Dodała. Kate zawsze potrafiła sprowadzić mnie na ziemie.
-O nie - jęknęłam kładąc głowę na stole.- Zapomniałam.
-Masz- Alice zaczęła grzebać w swojej torbie. W końcu wyciągnęła mała książeczkę.- Propozycje Madame Malkin. Może znajdziesz cos dla siebie.
-Dzięki Alice, ale chyba zrezygnuje. Nie chce być zamordowana przez Blacka, tym bardziej przez Shina. Jeszcze Thomas. A dajcie mi wszyscy święty spokój- Zabrałam torbę i wyszłam praktycznie nie ruszając obiadu. Nie miałam już na nic ochoty. Faceci… Potrafią obrzydzić życie.
Anna Lee2005-12-24 15:38:31
skomentuj (3)
>> I can't belive that I say - Yes. <<
Powiem szczerze, ta nota wydaje mi sie strasznie flegmatyczna, ale czekam na wasze zdanie. Dedykacja do Richa (Thomasa :P), żeby pisał więcej!!!
4.12.1976r (Sobota)
Wstałam o godzinie siódmej rano za oknami było jeszcze ciemno. Kiedy podeszłam do zaszronionego okna zobaczyłam błonia zasypane śniegiem, który wciąż padał. Zapatrzyłam się przez chwilę na okryte biała szatą drzewa zakazanego lasu. Zaczynała się zima. Co oznaczało, że niedługo skończę 17 lat. Czyli według świata czarodziejów będę pełnoletnia. Sama nie wiem kiedy minęło te siedem lat w Hogwarcie. Odeszłam od okna. Była sobota. Dziś Gryfoni grali z Puchonami. Wiele zależy od tego wyniku. Jeśli Puchoni wygrają będzie z nami źle. Więc dziś definitywnie kibicuje Gryfonom.
Przez dziesięć minut patrzyłam na otwarta szafę, zastanawiając się jak by się ubrać. W końcu stwierdziłam, że duży porozciągany czerwony sweter ciemne jeansy i ciepłe buty załatwią sprawę. Wychodzą z dormitorium po drodze zabrałam swoją czarną szatę. Dochodziła ósma gdy dotarłam do drzwi prowadzących do Wielkiej Sali. Blacik czekał już grzecznie siedząc na schodach, lekko zaspany.
-Dzień dobry kudełku- Przywitałam się mierzwiąc mu włosy- Jakie plany?- Spytałam gdy wstał ziewając przy tym.
-Niech pomyśle, jest dwie po ósmej, sobota, mój brzuch marzy tylko o tym żeby wrzucić coś na ruszt.- Stwierdził patrząc tęsknie w stronę Wielkiej Sali.
-No to chodźmy powiedziałam z uśmiechem wziąwszy go za rękę pociągnęłam w stronę wielkich drewnianych drzwi. W środku nie było dosłownie nikogo. Był tak nienaturalnie cicho. Z sufitu padał lekki śnieg, a wysokie okna dawały lekkie światło wschodzącego właśnie słońca. Usiedliśmy przy stole Gryfonów, nie czekaliśmy długo na śniadanie. Po krótkiej chwili pojawiło się tuż przed nami. Cały dzbanek dyniowego soku ,dwie szklanki ,dwa nakrycia z górą naleśników na nich. Zjedliśmy w ciszy. Patrzyłam chwile jak Syriusz kończy swoje naleśniki.
-Co?- spytał przełykając ostatni kęs.
-Nic, zapatrzyłam się- Stwierdziłam bawiąc się widelcem. Uśmiechnął się tylko i wstając wziął mnie za rękę. Schodząc po schodach ubraliśmy swoje szaty wtedy zauważyłam, że mój genialny umysł zapomniał szalika. Gdy wyszliśmy za mną w twarz uderzył mnie lekki powiew chłodu i prószący z nieba śnieg. Syriusz wyjął ze swojej szaty szalik w czerwono żółte pasy i owinął nim moją szyję, po czym pocałował mnie w policzek obejmując swoim ramieniem. Szliśmy tak w ciszy oglądając zimowy krajobraz błoni i skraju zakazanego lasu. To takie dziwne, że ten małpiątkowaty, zadufany w sobie pół mózg potrafi być taki … taki słodki i opiekuńczy? Czy to możliwe, czy to może jakaś gra w która zostałam wciągnięta?!
-Jak myślisz kto dziś wygra?- Spytałam przerywając milczenie.
-James- Powiedział bez najmniejszego wahania. – nie przypominam sobie meczu w którym nasza drużyna by przegrała gdy Rogacz grał- dodał.
-No tak… Potter.- Przypomniałam sobie waśnie przez kogo jestem tu teraz z rozczochraniem.- Ale czekaj w 5 klasie podczas meczu z Krukonami w którym ja debiutowałam, przegraliście! Nie pamiętasz? James dostał tłuczkiem w głowę.- Przypomniałam mu ,na co trochę zrzedła mu mina.
-no tak pamiętam, ale to tylko jedna wpada. To wszystko przez Lily- Mruknął patrząc na boisko do którego zbliżaliśmy się powoli.
-Kim jest Lily?- Spytałam, nie za bardzo wiedząc o kogo chodzi.
-Wielka miłość Jamesa. Lily Evans z naszego roku. Taka ruda, na pewno ją widziałaś. – Zaczął mi tłumaczyć i wtedy przypomniałam sobie Pottera obściskującego się na korytarzu z jakąś dziewczynę. To pewnie była ta cała Lily.
-A tak przypominam ją sobie.- Rzuciłam po czym uwalniając się z spod jego ramienia weszłam po schodach prowadzących na trybuny.
-A wy… kiedy gracie?- spytał gdy wyszliśmy na trybuny wznoszące się nad boiskiem.
-Tak jakoś pod koniec stycznia…- Powiedziałam szybko, przypominając sobie, że gramy z Gryfonami.
-No tak Rogacz cos wspominał o kolejnym meczu. – Przytaknął siadając koło mnie na ławce. Na boisko wyszli właśnie Gryfoni już ubrani w szaty do gry.
-Rogaty chciał żebyśmy przyszli na trening przed meczem- Oznajmił, po czym pomachał do patrzącego akurat w nasza stronę Pottera.
-Przyszli? Chciał, żebym ja tez przyszła?- Zdziwiłam się.
-Nie wierzył mi, że jesteś ze mną- Powiedział rzeczowym tonem. Przepraszam bardzo czy ja jestem obiektem jakiś zakładów. 10 galeonów dla Pottera jeśli Blid przyjdzie?! Co jest?!
-A więc jesteś.- Rzucił Potter podlatując do nas na miotle. Rzucił mi tryumfalne spojrzenie zwieńczone szyderczym uśmiechem.
-Do czasu – Mruknęłam przez zaciśnięte ,żeby Black nie zauważył. Potter kiwnął głową.
-Do 22 Stycznia Blid. Pamiętaj.- Krzyknął po czym wrócił do drużyny.
-Co wtedy będzie- Spytał zaciekawiony futrzak.
-Mecz- Powiedziałam uśmiechając się do niego.
Anna Lee2005-12-09 22:34:42
skomentuj (4)
>> Never say never <<
Oto i kolejna nota. Jest do kitu możecie sie wyżyć :P
16.11.1976r (Wtorek)
Po długiej lekcji eliksirów nadszedł czas by zmierzyć się oko w oko ze swoim nowym przeznaczeniem.
-Hej kudłaty- Złapałam go za ramie i obróciłam o sto osiemdziesiąt stopni, tak iż nasze twarze niemal się stykały.
-a co z trzydziestoma centymetrami?- spytał lekko zdziwiony.
-Co?- Spytałam wybita ze swojego toku myślenia.
-no wiesz magiczne trzydzieści…
-Zapomnij- położyłam mu dłoń na policzku i pocałowałam. Na brodę Merlina do czego zdesperowana kapitan Drużyny potrafi dla niej zrobić. Po chwili odsunęłam się od Blacka i pociągnęłam go w drugi korytarz, na którym nikogo już nie było.
-Możesz mi powiedzieć co to było?- Spytał po jakiś pięciu minutach patrzenia się otępiałym wzrokiem na mnie.
-Co? A to… Co ja ci będę wyjaśniać kotku…- Zaczęłam bawić się jego żółto czerwonym krawatem.
-No ja myślę, że jest tu dużo do wyjaśnienia- Oparł rękę o ścianę tuż przy mojej szyi. – Co znowu knujesz piękna? – Spytał z lekko sarkastycznym uśmiechem.
-No wiesz co, od razu mnie o coś podejrzewasz, a ja tu do ciebie tak z uczuciem. – Obruszyłam się idąc w stronę Wielkiej Sali. Szedł tuż za mną.
-Nigdy nie chcesz nic dla mnie zrobisz jeśli nic z tego nie masz.- stanęłam obróciłam się i jeszcze raz go pocałowałam.
-Wiesz, zrobiłam to, a nic z tego nie mam.- Z obrażoną mina i zaciśniętymi pięściami poszłam do wielkiej Sali na obiad. Tacy właśnie są faceci najpierw się naprzykrzają, a jak w końcu się zgodzimy to nas nie chcą! Taka byłam zła, ze mało nie zbiłam szklanki w ręku.
Kiedy wychodziłam, ktoś złapał mnie za nadgarstek obrócił w drugą stronę i przytulił do siebie. Wiedziałam, że ten szczeniak nie przepuści takiej okazji.
-Przepraszam- Zaczął ,jakby zupełnie nie on. Westchnęłam.
-Tym razem ci wybaczę, ale żeby mi to było ostatni raz.- Pogroziłam mu palcem. Uśmiechnął się tylko i pocałował mnie w czoło. Spojrzał na zegarek.
-O w mordę, zaczęła mi się Obrona. Spadam. Narazie piękna- cmoknął mnie w policzek i pobiegł schodami w górę. Czy ja powiedziałam pobiegł? Nie on prawie się unosił. Jak nie wiele trzeba by kudłacz zamerdał ogonem. Złapał haczyk i to jest najlepsze. No cóż korzystając z chwilowej nieobecności Shina, oddam się chwilowemu romansowi z Panem blenda met. Ech.. jednak miał racje wpadłam w łapska tego nieokrzesanego półmózga. Co się ze mną dzieje?! JA, która tak zażarcie broniła się przed bliższym kontaktem z tym typem teraz jestem jego .. dzie.. dziew… Nie! Nie przejdzie mi to przez gardło.
Wróciłam do swojego dormitorium, padłam na łóżko. Leżałam chwile wpatrując się w baldachim po czym sięgnęłam do bocznej kieszeni mojej torby i wyjęłam z niej kartkę z planem zajęć. Sprawdźmy co ja powinnam mieć. Zielarstwo…było. Dwie godziny eliksirów, było… obiad powiedzmy… No tak za godzinę powinnam ruszyć swoje cztery litery na zaklęcia. Wrzuciłam kartkę luzem do torby i wtuliłam się w poduszkę. Było mi tak dobrze...
-Ann… Anna!- Usłyszałam jak ktoś drze mi się tuz nad głową.
-co się stało? Gdzieś się pali? Co się tak drzesz?- Lekko rozespanym wzrokiem spojrzałam na Kate stojąca tuz nade mną.
-Przespałaś Zaklęcia i Transmutację! – Znów krzyknęłam siadając na swoje łóżko.
-O kurde… Znowu…- Walnęłam się środkiem dłoni w czoło.
-No właśnie znowu! Mcgonagal nie daruje ci tego sprawdzianu.
-Zaraz, zaraz Jakiego sprawdzianu?!- Teraz byłam zupełnie trzeźwa.
-Tego który miesiąc temu zapowiedział na dziś. – Znów uderzyłam się w czoło. Gidze ja mam głowę?
-Gdzie ty masz głowę Lee?- spytała obruszona Kate.
-Właśnie się zastanawiam- Dodałam drapiąc się po głowię. – Oj spokojnie jakoś to załatwię.- Tak myślę, jakoś musze. Choć znając możliwości psorki to mój sprawdzian będzie trzy razy trudniejszy i dłuższy. Nigdy więcej poobiedniej drzemki, nigdy.
Anna Lee2005-11-28 21:47:10
skomentuj (4)