>>

Never say never

<<

Oto i kolejna nota. Jest do kitu możecie sie wyżyć :P

16.11.1976r (Wtorek)

Po długiej lekcji eliksirów nadszedł czas by zmierzyć się oko w oko ze swoim nowym przeznaczeniem.
-Hej kudłaty- Złapałam go za ramie i obróciłam o sto osiemdziesiąt stopni, tak iż nasze twarze niemal się stykały.
-a co z trzydziestoma centymetrami?- spytał lekko zdziwiony.
-Co?- Spytałam wybita ze swojego toku myślenia.
-no wiesz magiczne trzydzieści…
-Zapomnij- położyłam mu dłoń na policzku i pocałowałam. Na brodę Merlina do czego zdesperowana kapitan Drużyny potrafi dla niej zrobić. Po chwili odsunęłam się od Blacka i pociągnęłam go w drugi korytarz, na którym nikogo już nie było.
-Możesz mi powiedzieć co to było?- Spytał po jakiś pięciu minutach patrzenia się otępiałym wzrokiem na mnie.
-Co? A to… Co ja ci będę wyjaśniać kotku…- Zaczęłam bawić się jego żółto czerwonym krawatem.
-No ja myślę, że jest tu dużo do wyjaśnienia- Oparł rękę o ścianę tuż przy mojej szyi. – Co znowu knujesz piękna? – Spytał z lekko sarkastycznym uśmiechem.
-No wiesz co, od razu mnie o coś podejrzewasz, a ja tu do ciebie tak z uczuciem. – Obruszyłam się idąc w stronę Wielkiej Sali. Szedł tuż za mną.
-Nigdy nie chcesz nic dla mnie zrobisz jeśli nic z tego nie masz.- stanęłam obróciłam się i jeszcze raz go pocałowałam.
-Wiesz, zrobiłam to, a nic z tego nie mam.- Z obrażoną mina i zaciśniętymi pięściami poszłam do wielkiej Sali na obiad. Tacy właśnie są faceci najpierw się naprzykrzają, a jak w końcu się zgodzimy to nas nie chcą! Taka byłam zła, ze mało nie zbiłam szklanki w ręku.
Kiedy wychodziłam, ktoś złapał mnie za nadgarstek obrócił w drugą stronę i przytulił do siebie. Wiedziałam, że ten szczeniak nie przepuści takiej okazji.
-Przepraszam- Zaczął ,jakby zupełnie nie on. Westchnęłam.
-Tym razem ci wybaczę, ale żeby mi to było ostatni raz.- Pogroziłam mu palcem. Uśmiechnął się tylko i pocałował mnie w czoło. Spojrzał na zegarek.
-O w mordę, zaczęła mi się Obrona. Spadam. Narazie piękna- cmoknął mnie w policzek i pobiegł schodami w górę. Czy ja powiedziałam pobiegł? Nie on prawie się unosił. Jak nie wiele trzeba by kudłacz zamerdał ogonem. Złapał haczyk i to jest najlepsze. No cóż korzystając z chwilowej nieobecności Shina, oddam się chwilowemu romansowi z Panem blenda met. Ech.. jednak miał racje wpadłam w łapska tego nieokrzesanego półmózga. Co się ze mną dzieje?! JA, która tak zażarcie broniła się przed bliższym kontaktem z tym typem teraz jestem jego .. dzie.. dziew… Nie! Nie przejdzie mi to przez gardło.
Wróciłam do swojego dormitorium, padłam na łóżko. Leżałam chwile wpatrując się w baldachim po czym sięgnęłam do bocznej kieszeni mojej torby i wyjęłam z niej kartkę z planem zajęć. Sprawdźmy co ja powinnam mieć. Zielarstwo…było. Dwie godziny eliksirów, było… obiad powiedzmy… No tak za godzinę powinnam ruszyć swoje cztery litery na zaklęcia. Wrzuciłam kartkę luzem do torby i wtuliłam się w poduszkę. Było mi tak dobrze...
-Ann… Anna!- Usłyszałam jak ktoś drze mi się tuz nad głową.
-co się stało? Gdzieś się pali? Co się tak drzesz?- Lekko rozespanym wzrokiem spojrzałam na Kate stojąca tuz nade mną.
-Przespałaś Zaklęcia i Transmutację! – Znów krzyknęłam siadając na swoje łóżko.
-O kurde… Znowu…- Walnęłam się środkiem dłoni w czoło.
-No właśnie znowu! Mcgonagal nie daruje ci tego sprawdzianu.
-Zaraz, zaraz Jakiego sprawdzianu?!- Teraz byłam zupełnie trzeźwa.
-Tego który miesiąc temu zapowiedział na dziś. – Znów uderzyłam się w czoło. Gidze ja mam głowę?
-Gdzie ty masz głowę Lee?- spytała obruszona Kate.
-Właśnie się zastanawiam- Dodałam drapiąc się po głowię. – Oj spokojnie jakoś to załatwię.- Tak myślę, jakoś musze. Choć znając możliwości psorki to mój sprawdzian będzie trzy razy trudniejszy i dłuższy. Nigdy więcej poobiedniej drzemki, nigdy.

Anna Lee2005-11-28 21:47:10 skomentuj (4)